Witam Wszystkich! Nazywam się Joanna Bernat, a ten blog jest czymś w rodzaju mojej wirtualnej szuflady. Trafiają tu napisane przeze mnie wiersze, bajki, piosenki dla dzieci, opowiadania, własnoręcznie wykonane zabawki. Zapraszam!
Blog > Komentarze do wpisu
Figielek.
(rozdział ósmy)

figielek

 

Mama obiecała mi wczoraj wieczorem, że, o ile tylko będzie ładna pogoda, pójdzie dziś ze mną i z Figielkiem na długi spacer do parku. Tak bardzo się ucieszyłem! Ale nic z tego nie wyszło, bo przez cały dzień lał ulewny deszcz i musieliśmy zostać w domu. Na szczęście nie nudziłem się wcale, bo po południu przyszli do nas goście. Na moje urodzinowe przyjęcie oczywiście. Przyjechała ciocia Ania z wujkiem Robertem i babcia Marysia, i przyszedł jeszcze jeden kolega z mojej klasy, Oskar. Bo ja bardzo lubię Oskara.
I nagle w naszym domu zrobiło się tak tłoczno i wesoło, jak mało kiedy.
No i oczywiście wszyscy zachwycali się moim Figielkiem. No, może za wyjątkiem wujka Roberta, który jest bratem mojego taty. Bo on bardzo się zdziwił, że Figielek nie jest Bernardynem. I nawet nie chciał Figielka pogłaskać. Ale Figielkowi wujek Robert też się chyba nie spodobał, bo Figielek obszczekał go tak bardzo, że aż mama kazała mi Figielka trzymać za obrożę. Gdy wujek poszedł sobie do kuchni, uwolniłem swojego psa, bo był bardzo nieszczęśliwy. I nawet już przestał szczekać na wujka.
Za to ciocia Ania była Figielkiem zachwycona. W każdym razie na początku. Wzięła Figielka na ręce i chciała go przytulić, a on ją wtedy pocałował. To znaczy polizał ją w usta. A potem jeszcze raz i jeszcze... Ciocia bardzo się śmiała. Ale parę minut później przestała się śmiać, bo zostawiła na podłodze koło kanapy swoją torebkę. Na nieszczęście torebka była otwarta. Figielek wsadził do niej łeb, wyciągnął czerwoną szminkę mojej cioci i całą ją zjadł w kącie za kanapą, gdy nikt na niego nie patrzył. Potem przyszedł do nas, i gdy się uśmiechnął, zobaczyliśmy, że ma całe czerwone zęby. Od tej szminki ma się rozumieć. Ciocia była bardzo zdenerwowana.
- Wiesz, ciociu... - powiedziałem, żeby ją pocieszyć - może Figielek też chciał sobie pomalować usta na czerwono, żeby mieć takie ładne, jak ty?
Ale ciocia mruknęła tylko:
- Przecież psy nie mają ust - a potem wyciągnęła zza kanapy resztki tego, co kiedyś było jej czerwoną szminką, a co leżało na podłodze pokruszone i obślinione.
- Mam nadzieję, że nie nosisz w torebce szarego mydła? - spytała na wszelki wypadek mama, ale ciocia tylko spojrzała na mamę dziwnie.
- To dobrze - ciągnęła dalej mama - bo znów musiałabym słuchać tego czkania przez cały wieczór.
Mama powiedziała do mnie, że dobrze by było umyć Figielkowi te jego czerwone zęby, bo wszystko pobrudzi. Ale ja nie za bardzo wiedziałem jak to się robi. Zabrałem mojego psa na górę do łazienki, wziąłem swoją szczoteczkę do zębów i nałożyłem na nią trochę miętowej pasty. Ale pomyślałem, że to będzie za mało, bo zęby Figielka były przecież bardzo brudne, więc wycisnąłem z tubki jeszcze trochę. A potem wsadziłem szczoteczkę Figielkowi do pyska. Jednak jemu bardzo się to nie spodobało. Zaczął się wiercić, kręcić i wyrywać. Jako, że nie mogłem mu dokładnie umyć zębów, wysmarowałem go tylko całego tą pastą. I teraz Figielek miał czerwone zęby i białą, posklejaną sierść dookoła pyska. I zaczął kichać raz po raz. Pewnie od tej pasty. Właśnie wtedy do łazienki weszła moja mama. Przyszła, aby włożyć do szafki czyste ręczniki.
- Mateusz! Co ty najlepszego wyprawiasz? - zapytała zdziwiona.
- Jak to co? - odparłem - Myję Figielkowi zęby.
- Swoją szczoteczką?
- No... Nie miałem przecież innej.
- Och... To czemu mnie nie zapytałeś? Kupiłam wczoraj taką specjalną szczoteczkę do zębów dla psów. Leży o... tutaj. - Mama pokazała mi szczoteczkę leżącą na półce, trochę bardziej z boku. Ech... zdaje się, że teraz będę musiała i tobie kupić nową szczoteczkę do zębów.
- Nie trzeba. Ja mogę wziąć sobie... - ale nie zdążyłem dokończyć, bo w tym momencie tata zawołał mamę z dołu i mama wyszła nagle z łazienki.
Spojrzałem na szczoteczkę Figielka i pomyślałem, że jest całkiem fajna. A skoro teraz Figielek myje zęby moją szczoteczką, to może ja będę mógł myć zęby jego? Zamienimy się po prostu i wszystko będzie w porządku. Jako, że bardzo byłem ciekawy jak się myje zęby szczoteczką dla psów, zdjąłem ją z półki, zmoczyłem wodą i nałożyłem sobie na nią trochę pasty. A zaraz potem zacząłem szorować zęby. Nawet mi się zaczynało podobać, gdy znów usłyszałem na korytarzu głos mamy: - Mateusz! Chodź do nas! - a sekundę później mama znów stała w otwartych drzwiach. Gdy mnie zobaczyła, westchnęła tylko ciężko, zwiesiła bezradnie ramiona, pokiwała głową i powiedziała tylko: „Masz szczęście, że dziś są twoje urodziny”. A potem wyciągnęła mi z ręki szczoteczkę, opłukała ją pod kranem, położyła z powrotem na półce i kazała nam schodzić na dół.
Gdy byłem już na dole, zobaczyłem, że na stole stoi mój urodzinowy tort, a na nim pali się osiem świeczek. Wszyscy goście stali wokół stołu i gdy tylko mnie zobaczyli, zaczęli śpiewać: „Sto lat, sto lat...”. I trzymali prezenty dla mnie. A wszędzie na podłodze leżało mnóstwo kolorowych balonów, które tata nadmuchał chyba wtedy, gdy byłem z Figielkiem na górze w łazience. I tak bardzo się ucieszyłem, bo ja uwielbiam się bawić balonikami.
Gdy tylko zdmuchnąłem świeczki, mama pokroiła tort na kawałki, przełożyła je na talerzyki i zaczęła podawać gościom. Ja dostałem największy kawałek. Bo w końcu to były przecież moje urodziny.
Siedziałem sobie i jadłem, gdy nagle podszedł do mnie Figielek. Wciąż jeszcze kichał od tej miętowej pasty.
- Mamo? - zawołałem. - Zostało jeszcze trochę tortu?
- Pewnie. Jest jeszcze prawie połowa. A co? Chcesz dokładkę?
- Nie. Ale chciałbym dać trochę tortu Figielkowi.
- Psy nie powinny jeść słodyczy.
- Tylko taki malutki kawałeczek - prosiłem. - W końcu Figielek jest teraz częścią naszej rodziny.
- Taaa... - mruknął na to tata.
- Mamo, proszę! - prosiłem. - Każdemu, kto jest na moich urodzinach należy się choć kawałeczek tortu.
- No dobrze... - westchnęła wreszcie mama. - Ale tylko maleńki kawałek. Może jak zje, to sobie trochę te swoje czerwone zęby umyje?
Mama nałożyła Figielkowi kawałek tortu do jego miseczki. Figielek bardzo się ucieszył. Obwąchał tort, oblizał się, zamerdał ogonkiem i zaczął jeść. Ale w zasadzie, to zanim zaczął, już zdążył skończyć. Bo tortu było bardzo mało, a Figielek jadł bardzo szybko. I gdy tylko skończył, wsadził łapę do miski, mówiąc, że bardzo mu smakowało i że chce jeszcze.
- No... wiedziałam, że tak będzie. Nic z tego Figielku - powiedziała mama. - Nie dostaniesz już więcej tortu - a zaraz potem zabrała tort ze stołu i wyniosła do kuchni, żeby schować go do lodówki. Podniosła też z podłogi miskę Figielka i wsadziła ją do szafki. A na to Figielek powiedział:
- No, nie wiem, nie wiem... - i pokręcił główką jak zwykle. A zaraz potem gdzieś zniknął nam z oczu.
Ja zaś zająłem się rozpakowywaniem prezentów. Ale to było fajne - dostać tyle nowych rzeczy na raz! Sam nie wiedziałem, co bardziej mi się podoba - czy deskorolka, czy miecz laserowy, który świecił na zielono, czy ten rozkładany robot, który zmieniał się w samolot, czy piłka do koszykówki?
Jednak najbardziej cieszyłem się z tych wszystkich balonów. Tata zabronił mi się bawić w domu balonami po tym, jak stłukłem ostatnio jego ulubioną filiżankę. Ale w czasie urodzin mi pozwolił. Tylko powiedział, że mam być ostrożny. Zaraz zaczęliśmy więc z Oskarem odbijać balony po całym pokoju. Balony fruwały pod sufitem, odbijały się od mebli, ścian, czasem też od gości. Tata spoglądał na mnie groźnie raz po raz. A już zdenerwował się nie na żarty, gdy podczas odbijania jednego balonu wpadłem niechcący na babcię Marysię i omal jej nie przewróciłem. Musiałem wtedy przeprosić babcię i obiecać, że będę ostrożniejszy.
Wtedy nagle do pokoju wpadł Figielek. Popatrzył na nas i dalejże skakać za balonami. Skakał prawie pod sam sufit. A potem wymyślił sobie inną zabawę i zaczął łapać balony od tej strony, od której się je dmucha. Figielek łapał za koniec balinika i dalejże ciągnąć balon po podłodze, i machać nim na boki. Wreszcie złapał balon odrobinę za mocno i... bum! - balon pękł. Figielek na początku chyba się przestraszył tego hałasu, bo zaczął bardzo głośno szczekać na ten pęknięty balon. Ale potem chyba mu się spodobało, bo złapał zębami następny i też go pękł. I robił tak z kolejnym i kolejnym balonem.
- Figielku! Nie rób tak? - zawołałem. - Za chwilę nie będę miał już ani jednego balonu! Przestań!
Ale Figielek wcale mnie nie słuchał, tylko przyczaił się na kolejny balonik, warknął, szczeknął i... hops! - skoczył na niego łapami. Balon oczywiście pękł. Byłem bliski płaczu.
- Może zamkniemy go na chwilę w kuchni, żeby nie poprzebijał ci wszystkich balonów? - zaproponowała mama.
Stwierdziłem, że to dobry pomysł. Złapałem więc Figielka za obrożę, zaprowadziłem do kuchni i zamknąłem drzwi. Figielek nie był z tego zbyt zadowolony. Stał pod drzwiami i drapał w nie łapą.
- Aaauuuu! Aaauuuu! - zawył parę razy. I wtedy to już sam nie wiedziałem, czy bardziej mi było szkoda moich balonów, czy mojego psa. Już miałem iść i Figielka wypuścić, ale mama powiedziała do mnie:
- Mateusz, poczekaj jeszcze chwilkę. Może zaraz się uspokoi?
I faktycznie. Nie minęło kilka minut, gdy skomlenie, popiskiwanie i drapanie w drzwi umilkło.
- No widzisz - uśmiechnęła się mama - a nie mówiłam? Pewnie się położył na swoim posłaniu i zasnął.
Ucieszyłem się bardzo i wróciłem do zabawy balonami. Odbijaliśmy je sobie z Oskarem dobre pół godziny. Nagle w kuchni rozległ się straszny rumor.
Pobiegliśmy sprawdzić co to było. Mama poszła z nami. Gdy otworzyła drzwi, aż zaniemówiliśmy wszyscy na chwilę.
- No tak... lodówka otwarta, wszystko przewrócone do góry nogami, talerz leży na podłodze, a tort... zniknął.
Figielek podszedł do nas, zamerdał ogonkiem, uśmiechnął się i oblizał sobie nos, na którym widać było jeszcze resztki bitej śmietany. A potem zaszczekał, jakby chciał powiedzieć: „No? I kto zjadł największy kawałek tortu?
Zdaje się, że to nie ja, ale Figielek miał dzisiaj swoje urodziny...

piątek, 16 kwietnia 2010, joannbernat

Polecane wpisy

  • Figielek

    (rozdział dziesiąty) Nie macie pojęcia, jakie to fajne uczucie iść sobie chodnikiem i prowadzić na smyczy swojego własnego psa. Czułem się taki szczęśliwy i

  • Figielek.

    (odcinek piąty) - No chodź tu piesku! Chodź tu! - zawołała mama do Figielka. A zaraz potem szepnęła do mnie: - Musimy go złapać i natychmiast wsadzić do wanny.

  • Figielek.

    (odcinek czwarty) Mama poszła do kuchni, wyciągnęła z szafki miskę Figielka, a potem zdjęła z lodówki puszkę z jedzeniem dla niego i zawołała: - Figielku! Kola

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: