Witam Wszystkich! Nazywam się Joanna Bernat, a ten blog jest czymś w rodzaju mojej wirtualnej szuflady. Trafiają tu napisane przeze mnie wiersze, bajki, piosenki dla dzieci, opowiadania, własnoręcznie wykonane zabawki. Zapraszam!
Blog > Komentarze do wpisu
Figielek.
(rozdział dziewiąty)

figielek

 

Gdy tylko obudziłem się następnego dnia rano, od razu pobiegłem do okna, żeby zobaczyć, czy wreszcie przestało padać. I przestało! Świeciło słońce i nawet kałuże już zdążyły obeschnąć po wczorajszym deszczu.
Właśnie zacząłem się ubierać, aby iść na spacer, gdy nagle zadzwonił telefon mamy.
Byłem już prawie gotowy do wyjścia, gdy mama przyszła do mnie i powiedziała zmartwiona:
- Przykro mi, Mateuszku, ale nie będę mogła z wami pójść. Właśnie dzwonili ze szpitala. Muszę pilnie jechać, bo mnie potrzebują.
- Mamo! Ale przecież mi obiecałaś...
- Wiem kochanie. Tak bardzo mi przykro... Wynagrodzę Ci to innym razem. Niestety, nie mogę nie pojechać do pracy, gdy jestem potrzebna. Jeden z moich kolegów zachorował i będę musiała do zastąpić, bo pacjent musi być dzisiaj zoperowany.
Spojrzałem na mamę błagalnie, ale wiedziałem od razu, że i tak nic to nie pomoże.
- Obiecuję ci, że jak tylko będę miała najbliższy wolny dzień, pójdę z tobą i z Figielkiem na bardzo długi spacer. Ale teraz musicie poradzić sobie beze mnie. Poproś tatę. Może on pójdzie z wami?
- Ani myślę - burknął tata wpatrzony w monitor swojego komputera.
- Oj, Michał! Nie bądź taki. Idź z nimi na ten spacer. Proszę... Ja bym bardzo chętnie poszła, ale wiesz doskonale, że nie mogę.
- Tak, wiem... Ty i ta twoja praca... - mruczał bardzo niezadowolony tata nie odrywając wzroku od monitora. A zaraz potem dodał:
- Cóż... Zdaje się, że nie mam wyjścia...
- Dziękuję Michałku! - mama cmoknęła tatę w policzek i zaraz pobiegła do przedpokoju.  Zakładając w pośpiechu buty krzyknęła do nas jeszcze:
- Obiad macie gotowy. Jest w lodówce. Wystarczy tylko odgrzać. To na razie, chłopaki! Pa! -
Wróciła jeszcze po kluczyki od samochodu i zaraz potem wybiegła z domu.

- To co, tato? Idziemy? - zapytałem nieśmiało.
Tata milczał i wciąż wpatrywał się w monitor. Wyglądał tak, jakby wcale nie miał zamiaru ruszać się z miejsca. A ja stałem i czekałem. I Figielek też czekał. Merdał ogonkiem, co chwilę trącał nosem smycz, którą trzymałem w rękach, drapał łapką w drzwi i skomlał. Ale tata wciąż nie ruszał się z miejsca i milczał uparcie. Nie wiedziałem co robić. Tata był wściekły. Czułem to. Wiedziałem, że nie chce nigdzie iść. Usiadłem więc pod drzwiami w przedpokoju i powiedziałem do mojego pieska:
- Wybacz, Figielku, ale my chyba jednak nie pójdziemy dziś na ten spacer.
Wtedy Figielek mruknął, przekręcił główkę w bok mówiąc „no, nie wiem, nie wiem...”, a potem...
- Aaauuuuu! Aaaauuuu! Aaaauuuu! - zaczął wyć raz po raz.
Wył i wył, i szczekał raz po raz, i skrobał łapką w drzwi, a potem robił chwilę przerwy ukradkiem spoglądając na tatę. Ale gdy tata nie ruszał się z miejsca znów zaczynał wyć. Znałem doskonale ten sposób i wiedziałem, że jest skuteczny. Przecież sam tak wyłem, gdy chciałem dostać Figielka. Pomyślałem wtedy, że mógłbym pomóc Figielkowi wyć i sam zacząłem płakać. Po chwili tata nie wytrzymał i krzyknął:
- No już dobrze, dobrze... Zwariować można w tym domu. Chodźmy na ten spacer.
Po czym wstał i poszedł do łazienki mówiąc do mnie:
- Ubieraj się, Mateusz.
Jako, że byłem już ubrany, czekałem więc tylko na tatę. Figielek też się niecierpliwił. Ale teraz już nie wył, tylko stał grzecznie pod drzwiami i popiskiwał cichutko. Ja też przestałem płakać. Wreszcie tata wyszedł z łazienki, zdjął z wieszaka swój płaszcz i zaczął wkładać buty. Włożył jedną nogę do buta i nagle znieruchomiał. Wyciągnął ją z powrotem i zajrzał do środka. A potem coś ze swojego buta wysypał. Podniósł drugi but, przechylił i z niego również coś wypadło na podłogę.
- Czy mógłbyś poprosić swojego psa o to, aby nie wrzucał mi jedzenia do butów?
Przyjrzałem się małym, brązowym kuleczkom, które tata rozsypał na podłodze. I rzeczywiście była to sucha karma Figielka. Skąd ona się tam wzięła?
- A teraz idź po miotłę i pozmiataj to wszystko - dodał tata.
Pobiegłem po miotłę do kuchni, ale gdy wróciłem, w zasadzie nie było już niczego do sprzątania. Widocznie Figielek poczuł się odpowiedzialny za ten cały bałagan i postanowił mi pomóc w sprzątaniu, gdyż zjadł wszystko, co rozsypał na podłogę tata. Wtedy przypiąłem mu smycz do obroży. Figielek tak bardzo się ucieszył, że aż zaczął skakać z radości. I ja też miałem ochotę skakać i równie bardzo się cieszyłem. W końcu wychodziłem na pierwszy spacer z moim pierwszym psem! Czułem, że to będzie niezapomniane przeżycie!

wtorek, 20 kwietnia 2010, joannbernat

Polecane wpisy

  • Figielek

    (rozdział dziesiąty) Nie macie pojęcia, jakie to fajne uczucie iść sobie chodnikiem i prowadzić na smyczy swojego własnego psa. Czułem się taki szczęśliwy i

  • Figielek.

    (odcinek siódmy) Nawet nie wiecie, jak trudno jest być właścicielem psa. Ja się przekonałem o tym dziś rano. Tata jeszcze dobrze nie zdążył otworzyć oczu, a ju

  • Figielek.

    (odcinek piąty) - No chodź tu piesku! Chodź tu! - zawołała mama do Figielka. A zaraz potem szepnęła do mnie: - Musimy go złapać i natychmiast wsadzić do wanny.

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: