Witam Wszystkich! Nazywam się Joanna Bernat, a ten blog jest czymś w rodzaju mojej wirtualnej szuflady. Trafiają tu napisane przeze mnie wiersze, bajki, piosenki dla dzieci, opowiadania, własnoręcznie wykonane zabawki. Zapraszam!
Blog > Komentarze do wpisu
Figielek
(rozdział dziesiąty)

figielek

 

 

Nie macie pojęcia, jakie to fajne uczucie iść sobie chodnikiem i prowadzić na smyczy swojego własnego psa. Czułem się taki szczęśliwy i dumny. A w dodatku Figielek bardzo grzecznie szedł przy nodze, nie wyrywał się, nie szarpał. Z zaciekawieniem rozglądał się dookoła i tak szybko przebierał tymi swoimi krótkimi łapkami. Tylko dwa razy zatrzymał się na chwilę. Za pierwszym razem po to, aby napić się wody z kałuży, a za drugim przysiadł na chodniku, aby się podrapać, bo coś go zaswędziało za uchem.

Niedaleko naszego domu jest park. Zwykle chodzimy do niego na spacery. Zresztą, bardzo wielu ludzi tam przychodzi, bo przecież nie ma innego parku w okolicy.

Mamy w tym naszym parku takie jedno ulubione miejsce, do którego zawsze idziemy. Jest tam duży plac na którym można pobiegać po trawie, pograć w piłkę, albo pobawić się ze swoim psem.

Mama mówiła mi, żebym nie spuszczał Figielka ze smyczy na pierwszym spacerze, bo on jeszcze nie zna dobrze okolicy. Mógłby gdzieś pobiec i się zgubić. Wiedziałem, że mama ma rację, więc cały czas trzymałem mocno smycz. Przedłużyłem ją tylko trochę, żeby Figielek mógł sobie swobodniej biegać.

Nagle Figielek zatrzymał się i zaczął obwąchiwać trawnik, a zaraz potem dziwnie przykucnął wypinając pupę do tyłu.

- Tato... Co on robi? - zapytałem.

- A jak myślisz? Co ty zwykle robisz, gdy idziesz do toalety?

- Acha... No tak - kiwnąłem głową ze zrozumieniem i przyglądałem się, jak mój pierwszy pies robi swoją pierwszą kupę na naszej pierwszej wycieczce w parku. Tymczasem tata wyjął z torby foliowy woreczek i podał mi go. Nie bardzo wiedziałem po co mi go dał, więc zapytałem co mam z tym woreczkiem zrobić.

- Jak to co? Oczywiście masz posprzątać po swoim psie.

- Posprzątać? Kupę?

- A co ty myślałeś? Że ta kupa tu zostanie? Nic z tego, mój drogi. Odchody po swoim psie trzeba sprzątać. I bez gadania.

Rozejrzałem się po trawniku wokoło. Wyglądał jak jedna, wielka psia toaleta. I pomyślałem sobie, że...

- Wiem dobrze, co sobie myślisz - ubiegł mnie tata, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć - Nie obchodzi mnie to, że inni właściciele nie sprzątają po swoich psach. My po naszym będziemy sprzątać. 

Trzymałem w rękach worek, ale w dalszym ciągu nie bardzo wiedziałem co mam z nim zrobić.

- Dobrze tato. Posprzątam, ale... ale ja nie wiem jak to się robi. Może przydałaby się jakaś łopatka?

- Daj to. Pokażę ci jak to się robi.

Tata wziął ode mnie woreczek. Faktycznie, nie było to tak trudne i skomplikowane jak myślałem.

- Czy następnym razem dasz już sobie radę sam? - zapytał mnie tata.

- Tak. Chyba tak - odparłem. Ale miałem jeszcze jedną wątpliwość więc znów spytałem:

- A co mam teraz zrobić z tą kupą? Mam ją wyrzucić do kosza na śmieci?

- Tak, ale nie powinien to być taki zwykły kosz, do którego wrzuca się opakowania po batonikach i puste butelki. Najlepiej, aby był to taki specjalny kosz przeznaczony wyłącznie na psie odchody. A jeśli takiego w pobliżu nie ma, wtedy należałoby zabrać woreczek do domu i wrzucić go do tego kosza, do którego wrzuca się różne organiczne odpadki - wyjaśnił mi tata. Mój tata jest bardzo mądry i tyle wie.

- Acha... Hmm... To może... To może chodźmy i poszukajmy teraz takiego specjalnego kosza. Przecież nie będę tak chodził z tą kupą - zaproponowałem.

- Dobry pomysł - powiedział tata. I poszliśmy.

Przeszliśmy kawał parku, ale takiego specjalnego kosza nigdzie nie było. Za to spotkaliśmy po drodze naszych sąsiadów. Państwo Nowakowie również wyszli na spacer ze swoim bernardynem.

Gdy pan Nowak zobaczył, że idziemy z psem, tak bardzo się ucieszył! Zaczął do nas machać już z daleka i od razu pociągnął Iwana w naszą stronę. Iwan - tak ma na imię jego pies, ten bernardyn. Ale Iwan nie chciał do nas iść. Obwąchiwał właśnie jakiś krzaczek i za nic w świecie nie chciał się ruszyć z miejsca. Pan Nowak zapierał się z całych sił i ciągnął Iwana, ale nic to nie dało. Wreszcie jednak Iwan łaskawie ruszył w naszą stronę, a za nim jego właściciele.

- A... Dzień dobry, panie Michale! Witaj Mateusz!

- Dzień dobry! - odpowiedzieliśmy z tatą prawie jednocześnie.

- Cóż ja widzę? - ciągnął dalej pan Nowak - Sprawiliście sobie państwo pieska. To wspaniale! Moje gratulacje! A czy można zapytać jaka to rasa?

- Rasa? A... tak... rasa... - wybąkał tata, ale chyba nie bardzo wiedział co ma odpowiedzieć i tylko patrzył na pana Nowaka zmieszany - Wie pan, to była taka długa, skomplikowana nazwa - tata wydusił z siebie w końcu - I... zupełnie zapomniałem. Przepraszam najmocniej. Jak sprawdzę, to panu powiem innym razem.

- Ach, nic nie szkodzi - odrzekł pan Nowak. - Rzeczywiście... te nazwy rasowych psów są czasem skomplikowane i trudne do zapamiętania.

Pan Nowak przyglądał się chwilę naszemu Figielkowi. A potem powiedział.

- Wygląda trochę jak West Highland White Terier. Tylko te dziwne łaty... One zwykle nie...

- West... Highland...Eee... Tak..., tak... To pewnie ta rasa - jąkał się dalej tata i uśmiechał się dziwnie.

- To wspaniałe pieski! Są takie rodzinne - zachwycał się pan Nowak.

- Tak... bardzo rodzinne - tata skrzywił się patrząc na Figielka.

- To pies czy suczka? - zapytała tym razem pani Nowakowa, która do tej pory nie odzywała się wcale stojąc  z boku.

- Pies - odpowiedział tata.

- Ach, to wspaniale! Jeszcze jeden mężczyzna w domu, co? - pan Nowak spojrzał porozumiewawczo na tatę, puścił do niego oczko i się uśmiechną. Na to pani Nowakowa spojrzała groźnie na swojego męża i zrobiła obrażoną minę. Jednak zaraz potem zwróciła się do mnie:

- A możesz mi powiedzieć, Mateusz, jak się wabi twój piesek?

- A co to znaczy „wabi”? - zapytałem, bo nie znałem jeszcze tego słowa.

- To znaczy „jak się nazywa”? - wyjaśniła mi pani Nowakowa.

- Ach tak... - powiedziałem, bo teraz już wiedziałem wreszcie o co chodzi. - Nazywa się Figielek.

- O! Jakie ładne imię! - pochwaliła pani Nowakowa.

- Ale tata woła na niego „Kundel”. A Figielek tego bardzo nie lubi. Ja zresztą też - dodałem smutno.

- Kundel? - zdziwił się pan Nowak.

- Kundel? - powtórzyła pani Nowakowa równie zdziwiona.

- Eee... Tak... Państwo wybaczą, ale my chyba musimy już iść. Właśnie szukaliśmy takiego specjalnego kosza na...

- A, na to - zaśmiała się pani Nowakowa patrząc na woreczek z kupą Figielka, który trzymałem w ręce. -  Nie musicie szukać. Powiem wam, gdzie to jest. Swoją drogą... mogłoby być w parku więcej tych koszy. Doprawdy, jak to te nasze władze nie dbają o właścicieli psów. Musicie iść dalej prosto, aż do samego końca drogi. Tam, po lewej stronie, zaraz pod płotem stoi kosz.

- Bardzo dziękujemy. Teraz na pewno znajdziemy - odrzekł tata przez zaciśnięte zęby, a zaraz potem szarpnął mnie mocno za rękę. No i poszliśmy.

Coś mi mówiło, że tata znowu jest na mnie wściekły. Ale zupełnie nie miałem pojęcia dlaczego?

Ech, ci dorośli... Czasem tak trudno ich zrozumieć.

środa, 03 listopada 2010, joannbernat

Polecane wpisy

  • Figielek.

    (rozdział dziewiąty) Gdy tylko obudziłem się następnego dnia rano, od razu pobiegłem do okna, żeby zobaczyć, czy wreszcie przestało padać. I przestało! Świecił

  • Figielek.

    (rozdział ósmy) Mama obiecała mi wczoraj wieczorem, że, o ile tylko będzie ładna pogoda, pójdzie dziś ze mną i z Figielkiem na długi spacer do parku. Tak bardz

  • Figielek.

    (odcinek siódmy) Nawet nie wiecie, jak trudno jest być właścicielem psa. Ja się przekonałem o tym dziś rano. Tata jeszcze dobrze nie zdążył otworzyć oczu, a ju

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: